Dawne demony nie wymarły. Przeprowadziły się i dalej robią to, co zawsze: zabierają ludzi, nie zabierając ich z domu.
Dziesięć słowiańskich demonów, ale żaden nie występuje we własnej osobie. Na tej płycie mówi ten, kto został: matka, bezsenny, porzucona, stratny. Demon jest skutkiem, i właśnie dlatego da się go rozpoznać w czymś, co dziś nosi inną, bardziej kliniczną nazwę. Rafał Fagas tej nazwy nigdy nie wypowiada. Zostawia ludową i pozwala, żeby obie spotkały się w głowie słuchacza; to nie kostium, lecz pierwsza psychologia, która okazuje się dokładniejsza od drugiej.
Skala rośnie od utworu do utworu: wiatr w czaszce, woda w domu, lód ekranu, iskry nad dachami, aż po niebo, które patrzy i nie pomaga. Dwa demony są tu kochane. Grzenia jako jedyny zaprasza, a Zwodnica odchodzi i okazuje się, że bez niej jest gorzej. Ten niuans ratuje płytę przed moralizowaniem: nikt tu nie ostrzega, każdy opowiada.
Album otwiera zaginięcie bez wieści, zamyka zaginięcie z listy. Pomiędzy ktoś woła do nieba o zmiłowanie, a niebo na końcu odpowiada odmową. Demony nie potrzebują już rozstajów. Mają nasze adresy.
Ludowy Bełt to wir na jednej krótszej nodze, który porywał wędrowców na rozstaje; tutaj wieje w środku. Zwrotki relacjonują zaginięcia tonem radiowego komunikatu, refren mówi od wewnątrz, głosem człowieka, który obraca kożuch na lewą stronę i mimo to gubi się na ruchomych schodach. Wystarczy, że ten, o którym mówiono, zacznie mówić sam, i wiadomo: nikt nie wyszedł z domu. Rozpacz nie mieszka w jego głosie, mieszka w niepewności tych, którzy szukają.
kręcę się tak jak kręci się Ziemia / ciągle w drodze
Bogini słoty nikogo nie napada. Idzie błotną drogą, płacze, a jej pogoda zaciąga kotarę na horyzont i wsiąka w mieszkanie. Pierwsze zwrotki są jeszcze prywatne; trzecia wpuszcza do piosenki o smutku wariujące dzieci i trzaskające garnki, i pojedyncza osoba staje się mnogą. Nikt tu z niczym nie walczy, tu się mieszka, i dlatego tekst nie kłamie. Depresja jako meteorologia, podana z precyzją.
ponad zamglonym polem wilgoci się cisza
Wodne panny zatańcowywały chłopców na śmierć. Tafla zamarzła i nazywa się ekranem; pod palcem jest puszek klawiszy zamiast skóry, a ona, utkana ze słów, prawie przekona, że istnieje. Refren w rytmie przyśpiewki każe tańczyć za trzech i piosenka uczciwie przyznaje, że to przyjemne. Dopiero w ostatniej zwrotce ktoś, kto przegrał z rusałkami o ciebie, mówi jedno zdanie z innego porządku. Utonięcie kończy się dziś wygodniej niż w micie, i dlatego trwa dłużej.
ciała za lodem ekranu przemyślnie ukryte
Mamuna podmieniała niemowlęta zostawione przy otwartych drzwiach. Tutaj mówi matka, a odmieniec jest dorosły: od czterech lat leży uśmiechnięty, zapatrzony w sufit, ze strużką mleka w kąciku ust. Strofa o mleku w kolorze tęczy podsuwa jedno wyjaśnienie, ale piosenka nie zamyka innych; matka wie tylko, że patrzyła w inną stronę. Na końcu nie ma puenty, jest cisza i dwa słowa winy, powtórzone bez rymu. Jemu jest dobrze. Cierpi tylko ona.
Drzwi nie zamknęłam, oczy zamknęłam
Warmiński demon domowy nigdy nic nie wytwarzał, tylko przenosił iskrami cudze dobro do jednej chaty. Giełda w jednym obrazie: Staszek sprzedał krowę za pakiet akcji, Wojtasowa trzyma bitcoiny na wypadek wojny, a serwis ekonomiczny brzmi jak wyliczanka dla dzieci. Gawęda jest ciepła i ma haczyk: narrator też patrzy w górę, bo to jego pieniądze lecą do sąsiada. Finał to kalambur, w którym znicz i świeca z wykresu są jednym słowem; po nim lot Kłobuka to już kondukt.
zapal za nich świeczkę / w giełdowych wykresach
Spada z nieba jak meteor, bo sama go sobie wyprosiła od księżyca; kocha do świtu i znika. On ma w refrenie jedną czułą, pustą formułę i nie zmieni w niej ani słowa. Ona rozpada się ze zwrotki na zwrotkę, a czas mierzy kolorem jego koszuli: biała, szara, czarna. Piosenka nie oskarża nikogo; pokazuje, jak pragnienie ściąga demona, a demon żywi się pragnieniem. Ostatnia tęsknota brzmi już po tym, jak jej nie ma.
Raje w nocy. Piekła we dnie
Kaszubski duszek snu, jedyny demon, który nie straszy, tylko zaprasza: na piwo do sąsiedniej galaktyki, do pałacu za śmieszną sumę za metr, na morsowanie w ciekłym azocie. Zwrotki jawy są krótkie i zmęczone, refreny marzeń ciągną się bez końca; proporcja jest diagnozą. Każda wyprawa kończy się budzikiem nastawionym na szóstą, a kumpelski ton ścisza się w modlitwę do Anioła Stróża, w której anioła zastąpił Grzenia. To, co miało chronić, zabiera dni.
Grzenia - koleżka i ucieczka, bezbrzeżne oceany
Kobieta w czerwonych rękawiczkach wyprowadza go na złą uliczkę, wprowadza się do niego i prowadzi w odwróconym walcu; on jest krosnem, które nie zna wzoru, i jest trzymany na smyczy, która jest też smyczkiem. A gdy odchodzi, piosenka robi woltę: bez niej jest gorzej. Zostało nieszczęście przewidywalne i nieudane jak ciasto, które nie wyrosło. Jedyny bohater płyty, który chce swojego demona z powrotem, bo zwodzenie było jedyną rolą w planie losu.
poprzestawiała mi życie jak filiżanki w kredensie
Dwa głosy na jednej poduszce: kołysanka dla dorosłego, z kluczem w sieni i kończącą się baterią, i refren z obrzędu wywoływania duchów, w którym wywołane zostają własne myśli, biegnące w kołowrotku jak szczury. Kołysanka ma w sobie wyrok, że nic się nie odmieni, a opiekun w końcu kapituluje i stwierdza dzień. Świt jest tu dowodem porażki, plamą cienia na ścianie o trzeciej rano, i Kikimora pracuje dalej.
Przerażającą świtu plamą / jest okna cień o trzeciej rano
Nocny ptak, zwiastun śmierci, śpiewa dziś z kosmicznego drzewa jako białe punkty na orbicie, niestrudzenie i bez przerwy. Ktoś zniknął z listy za słowo, ktoś nie wysiadł z wozu, osmalona Matka Boska pilnuje miejsca po wiosce, a trzecia zwrotka mówi gramatyką raportu. Jedyny utwór bez pierwszej osoby, bo przed stuokim niebem nie ma prywatności. Płyta otworzyła się zaginięciem bez wieści, zamyka zaginięciem z listy, a niebo, do którego wołano o zmiłowanie, odpowiada odmową.
osmalona matka boska / tutaj kiedyś stała wioska