Pięć razy ktoś wyciąga rękę i pięć razy zostaje mu w dłoni coś o stopień za chłodnego.
Druga część super-sonetów otwiera się głosem kobiety, która zabrania mówić, i zamyka głosem mężczyzny, który pyta, komu ona zaśpiewa, kiedy jego zabraknie. Pomiędzy są trzy zbliżenia, każde z inną przeszkodą: skóra, ekran, woda.
To nie jest płyta erotyczna, choć wszystko w niej dotyczy ciała. To płyta o odległości, której nie da się pokonać ani gramatyką, ani zoomem, i jej wartość polega na tym, że żadnego z tych zbliżeń nie udaje. Temperatura jest tu ważniejsza od dotyku: poranny chłód wędrujący od podbicia do ud, dreszcz, o którym nie wiadomo, czy jest z żaru, czy z kataru, troska, żeby się nie przeziębiła.
I jedna metoda, konsekwentna jak u dobrego kabareciarza: wysoki rejestr zawsze spada na coś potocznego. Traktat astronomiczny kończy pantofel, sonet o cudzym ciele kończy zdrobniała miarka, a mit o syrenach oferta, której tu nie zdradzimy.
Ona wylicza wszystko, czym mogłaby się dla niego okazać, rozczarowaniem, śmiechem nie w porę, stosem kłopotów, po to tylko, żeby zabronić mu wypowiedzenia tych zdań: nazwana, stałaby się rzeczą. Wersy skracają się z każdą strofą, jakby tekst o odmowie słów sam sobie ich odmawiał, aż do prośby o milczenie, którą trzeba wyśpiewać. Jej jedyną bronią są uszy. Odpowiedź na wszystkie sonety, które lepią kobietę ze słów: ta kobieta słowa zwraca, razem z trybem warunkowym.
Zabierz ze sobą / to słowo ‘gdybym’
Po jej prośbie o brak słów on nie mówi do niej nic poza jednym rozkaźnikiem na końcu; zamiast tego wykłada astronomię pięciokrotnego zaćmienia i pięciu jaskrawych księżyców, a zagadkę rozwiązuje dopiero pantofel. W środku jedno długie zdanie: poranny chłód podbija podbicie, płynie łydką jak srebrna nitka i rozwiewa się w południowym upale. Erotyka, w której wędruje nie dłoń, lecz temperatura. Cały kosmos mieści się w jednej stopie i prosi o nią skromnie, jak o jedną rzecz.
Moim kwiecistym niebem wędruje bez końca / pięciokrotne zaćmienie słońca
Sonet-ankieta: to samo pytanie w każdej strofie i cztery hipotezy, nagość, przeziębienie z herbatą z malin i cieplejszymi okularami, niepokój, zawód. On mówi o niej w trzeciej osobie, bo nie ma do niej dostępu; petrarkowski kochanek zawsze wiedział, co ona czuje, ten patrzy na gęsią skórkę i zgaduje. Ostatni wers rozpada się na trzy coraz krótsze zdania i kończy zdrobniałą miarką: nierozstrzygnięcie podane jako wynik pomiaru, jedyna uczciwa odpowiedź na pytanie, co czuje ktoś inny.
a dreszcz nie z tych ogarniających. No może trochę. Tak ciut-ciut.
O gorsecie zapewniają go tylko piksele; zdjęcie jest za małe, żeby być pewnym, więc powiększa je palcami aż do pustego ekranu i szumu, a im bliżej, tym mniej jej jest. Najlepszy koncept mieści się w jednym wersie, w którym parametr pliku i odległość między ludźmi stają się tym samym słowem. Wenus wychodziła z piany morskiej; ta z cyfrowej się nie urodzi, choć jest piękna dzięki zepsuciu, w aureoli wad kompresji. Oba tercety wracają w całości, jak plik odtworzony bez zmian: nic się tu nie urodzi, obraz się tylko odtwarza.
mała rozdzielczość, duże rozdzielenie
Odyseusz kazał się przywiązać do masztu, żeby przeżyć śpiew syren; ten daje się wiązać, żeby słuchać, wbrew ostrzeżeniom odpowiednich władz na klifie. Powinien rzucić się w toń, całe życie za pół kobiety, ale chroni go jedna myśl, i ta myśl jest refrenem: komu ona zaśpiewa, kiedy jego zabraknie, skoro zostaną dwa kraby, trzy ryjówki i wieśniak z potańcówki. Pod żartem jest teza o sztuce: śpiew bez słuchacza to śpiew dla ryjówek. Więc proponuje jej ląd, nogi zamiast ogona i jedno pocieszenie cywilizacji, które zdradza dopiero ostatnie słowo przed powrotem refrenu.
Komu zaśpiewasz kiedy umrę / kiedy północną przerwiesz ciszę