Pięć sposobów, na jakie można kochać kogoś, do kogo nie da się dosięgnąć ręką.
Druga część cyklu Supersonic to EP o dystansie. Pięć razy ktoś wyciąga rękę — ku kobiecie, ku obrazowi, ku własnemu ciału — i pięć razy zostaje mu w dłoni coś o stopień za chłodnego: słowo „gdybym", piksel, dreszcz, syreni śpiew zza wody.
Rafał Fagas opisuje tu namiętność cyrklem. Erotyka świtu rozpisana jak ruch ciał niebieskich, pożądanie rozbite o ziarno skompresowanego pliku, jeden dreszcz znaczący pięć różnych rzeczy naraz — to świat zmysłowy i precyzyjny zarazem, w którym czułość nieustannie mija swój przedmiot o włos. Świeci nad wszystkim ta sama rozżarzona, popękana czerwień, co na okładce.
Cała piosenka mieści się w trybie warunkowym. Mówi kobieta, która nie prosi o miłość — prosi tylko, żeby jej nie nazywać, bo każde zdanie zaczynające się od „gdybym" kończy się rozstaniem. Zatyka uszy, staje się głucha „na zawsze" i cicho odprawia po sobie pogrzeb.
Zabierz ze sobą / to słowo 'gdybym'
Pejzaż, który okazuje się ciałem. „Pięciokrotne zaćmienie słońca" wędruje „kwiecistym niebem" jak pięć palców po skórze: chłód poranka wstępuje przez podbicie stopy, wije się srebrną nitką po łydce, do kolan, do ud. Cała namiętność jest w powolności — nic się nie chwyta, wszystko przepływa.
płynie w górę jak łódką, płynie zgrabną łydką
Jedno pytanie zadane pięć razy, pięć wykluczających się odpowiedzi: ten sam dreszcz znaczy raz nagość i pożądanie, raz przeziębienie, raz lęk, raz rozczarowanie chłodem. Między „mówi się tylko 'bierz'" a „lekarz mówi 'leż'" mieści się cała przepaść między uwiedzeniem a chorobą — a z zewnątrz wyglądają identycznie.
tam gdzie nie można już się cofnąć, tam gdzie się mówi tylko „bierz”
Ona istnieje tylko jako rozdzielczość — czerwony gorset to mozaika „malowana morsem", obraz tak skompresowany, że pożądanie rozbija się o jego ziarno. Im bardziej chce ją zobaczyć, tym mniej zostaje: „aż po pusty ekran, aż po szum". Czułość obraca się we wściekłość na to, że pikseli nie da się dotknąć.
nie urodzi się z piany pikseli
Mit syreny do góry nogami: tu śpiewa ona, a ratować trzeba jego. „Daje się wiązać do masztów", powstrzymuje się od skoku w toń jedną myślą — kto będzie jej słuchał, kiedy on umrze, skoro publiczność to dwa kraby, trzy ryjówki i pijany wieśniak. Prosi więc, by to ona wyszła na ląd — a na pocieszenie po każdej stracie ma dla niej jedno słowo: „buty!".
Komu zaśpiewasz kiedy umrę / kiedy północną przerwiesz ciszę