Czułość ma tu zawsze narzędzie: raport, mapę, klawisz. I to narzędzie jest jej alibi.
Tytuł jest żartem dla tych, którzy policzą wersy: super-sonet. Dwie z czterech piosenek mają czternaście linijek, trzecia ma ich cień, czwarta zostawia sonet w pokoju i wychodzi na pole. Łuk jest dobowy: noc bez niej, wieczór z nią w knajpie, poranek przy klawiszu, a potem noc innych, tych, którym księżyc świeci na głowy kapusty.
Kochanek z tych piosenek nigdy nie ma pustych rąk. Zamiast przyznać się do tęsknoty, melduje położenie własnej ręki; zamiast dotknąć, rysuje mapę; zamiast patrzeć, pisze. Im sztywniejsza fraza, tym wyraźniej drży to, co pod nią, i to jest właściwy temat tej płyty: czułość, która natychmiast szuka sobie formy, bo w formie jest bezpieczniej.
A potem kamera się cofa. Za oknem sypialni śpi pole ludzi wkopanych po uszy w księżycową polewę, każdy pewien, że jest lepszy od sąsiada. Kołysanka dla nich to jedyna piosenka tej płyty, w której nikt nikogo nie pożąda, i jedyna, która naprawdę straszy.
Nikt nie musi wiedzieć, że czyjaś ręka leży poziomo. A jednak mówiący to melduje, powołując się na rzetelność prasy i troskę o opinię publiczną, bo łatwiej zgłosić położenie ręki niż przyznać się do tęsknoty. Ona istnieje tu jako nadgarstki i kostki, on jako komunikat prasowy. Ktoś dzwoni do drzwi; przez wizjer widać, że przyszła tylko jego własna słabość, pisana wielką literą.
lecz z rzetelności dziennikarskiej / dodam że ręka leży poziomo
Knajpa, wino, za oknem śnieg z deszczem, a przy stoliku mężczyzna rysuje mapę: uda jak wydmy, dłoń jak karawana, kelnerka w roli chóru. Sonet przyznaje się do niemoralności, zanim ktokolwiek zdąży ją wytknąć, i dlatego uchodzi mu to na sucho. Najlepsza myśl nie dotyczy ciała, lecz czasu: wieczór jest udany dlatego, że się nie kończy, że zostaje w nim miejsce na dalszy ciąg.
jest wieczór niedokończony, wieczór z widokiem na jeszcze
Sonet, który w drugim wersie przyznaje, że jest sonetem porannym, pisanym z półprzymkniętym okiem, zanim zaparzy się kawa. Ona obraca się w pościeli jak płyta na gramofonie, a im szybciej wiruje, tym szybciej jego myśli dopływają do palców; nie jest opisywana, pisze się sama. Najcichsze wyznanie w katalogu: u tego autora czułość natychmiast zamienia się w literaturę, i nie wiadomo, czy to najwyższa forma uwagi, czy zdrada. Ostatnie słowo to klawisz, wciąż nienaciśnięty.
Więc im szybciej wirujesz tym szybciej dopłyną / moje myśli do palców, tym pewniej się piszesz
Beatlesi mieli truskawkowy azyl wyobraźni; tu jest grządka. Ludzie tkwią w ziemi po uszy, w srebrnym pyle księżyca, każda głowa pewna własnej wyższości, a kołysankę o bezpieczeństwie śpiewają same kapusty, przekonane, że ptakowi na drzewie wcale nie jest ciekawiej. Ziemia wokół szyi nazywa się tu kołnierzykiem, a nagość w jasnej ramie okna jest zbrodnią, bo budzi. Trzecia strofa jest o połowę krótsza, urywa się tam, gdzie kończy się każda hodowla, i wraca refren o wieczności, która dotyczy pola, nie ludzi.
gdy wystaje z ziemi tylko tyle / żeby móc zaczerpnąć powietrza