Woda przybiera, a one nie mokną. Dziesięć monologów kobiet, które wolą być widziane niż uratowane.
Rafał Fagas napisał dziesięć kobiecych głosów: w dziewięciu oddał mikrofon bohaterce, w jednym stanął z boku i zamilkł. Łączy je tytuł. Każda jest zalana, uczuciem, nocą, nudą, zleceniem, i każda ogłasza, że jest nieprzemakalna. Rzecz w tym, że w każdym z tych pancerzy jest szczelina, zwykle drobna, zwykle domowa: pęknięta rura, zgaszony ekran, pytanie o zlew. Wielkie uczucie zapisane w awarii instalacji, tak brzmi zasada tej płyty.
Zaczyna się od bogini, która sama wkręca sobie księżyc i czeka, aż zgaśnie; kończy na kobiecie, która zamawia wiersz. Po drodze pralka wiruje kochanków, Internet ginie koło wanny, zabójczyni nuci Mozarta do brzucha, a bezsenna wyjeżdża łóżkiem na molo. Dowcip i melancholia nie siedzą tu obok siebie, siedzą w jednym słowie, a w refrenach, które brzmią jak manifesty, zawsze jest klauzula, która je odwołuje.
To nie jest płyta o sile kobiet. Najgłębszą potrzebą każdej z tych bohaterek nie jest ratunek, tylko czyjeś spojrzenie, i każda prosi o nie inaczej: strzelając z palca, kupując buty, milcząc w pustym biurze. Środek ciężkości albumu nie strzela. To minuta przed zgaszonym ekranem, jedyny utwór, w którym nikt nie mówi, a ktoś patrzy. Klamra zamyka się tam, gdzie się otwierała: Diana cierpiała pod własnym światłem, ostatnia bohaterka wybiera cudze.
Bogini łowów przedstawia się sama i od razu zdradza, że jej blask jest sztuczny: księżyc wkręca własnoręcznie, stojąc na palcach, a ranę, która ją zdobi, zadaje sobie z rozmysłem. Jej złote oczy świecą dlatego, że została zatrzymana, uszyta z lian jak z kostiumu, i jedyne, czego chce, to żeby światło zgasło, bo dopiero w ciemności można znów pędzić. Sonet rozpada się w galop bez puenty, i to jedyna chwila, w której bohaterka dostaje to, czego chce.
Jestem związana lasem. Zatrzymana w pędzie.
Manifest płyty, wygłoszony z szafy, w której bohaterka chowa się przed wodą: dom został przepisany na okręt, ona na rozbitka, który nie zejdzie z pokładu. Refren ogłasza, że kobiety wilgotne nie mokną, i jeden przymiotnik robi tu całą drogę z rejestru erotycznego do parametru płaszcza przeciwdeszczowego. A potem ten sam refren rozbraja się sam: pęka nie serce, tylko kolanko rury na balkonie. Czym jest woda, tekst nie mówi, i słusznie.
Lecz ja jestem kobietą wilgotną / a kobiety wilgotne nie mokną
Ona kocha, dopóki on widzi ją całą; gdy przestaje patrzeć, ona kamienieje, on szczurzeje, a wyrok wykonuje się palcem, po porannej kawie, słowem zdjętym z ogłoszenia na klatce schodowej. Refren triumfuje, trzecia zwrotka triumf odwołuje: zamiast kolejnej egzekucji przychodzi Hamlet, sprowadzony do pytania, czy mężczyzna zostanie do świtu. Strzał był z palca, czekanie jest prawdziwe. Zemsta, która okazuje się wróżbą z płatków stokrotki.
będziesz, nie będziesz / oto jest pytanie
Sonet o peerelowskiej pralce z imieniem, za którą nie ma już kochanków, potu ani plam po kawie, bo wszystko zostało odwirowane, i to przez bohaterkę, która sama sypała proszek. Utwór mówi rzecz rzadko mówioną: pamięć nie ginie, pamięć zostaje wyprana, i to my ją pierzemy. Forma Petrarki niesie temat domowy do ostatniej tercyny, a głos oddaje pająkowi, jedynemu świadkowi tego, co naprawdę jest za pralką. Różowa skarpetka nie do pary przemyca melancholię, którą komizm miał unieważnić.
zostało odwirowane i w tym wirze znikło
Zgubiła Internet, jak gubi się szczotkę do włosów, i świat zrobił się nieznośnie realny: czwartek, drugie piętro, kapcie, lodówka do dojedzenia. Neologizm z tytułu nazywa rzeczywistość, z której zdjęto miękki filtr i która teraz skrzeczy. Sonet rozbity mantrami, czterokrotnym wołaniem o radę i o spokój do kogoś, kto może być partnerem, telefonem albo samą siecią, wołaną jak zaginione zwierzę. Bez satyry na detoks. Tylko skok skali z lodówki prosto w lęk przed wszechświatem, bo zniknęła szyba.
teraz świat jest nieznośnie nieznośnie realny
Jedyny utwór, w którym bohaterka nie mówi sama. Biuro pustoszeje, dzbanek milknie z ostatnią kroplą, a ona przez jedną minutę czuje własne ciało przed zgaszonym ekranem, jedynym lustrem, jakie jej zostało. Narrator jest czuły i prawie nieobecny, notuje i sam odmawia sobie widoku. Sonet jest klamrą, w której nic się nie wydarza, i właśnie dlatego trwa. W ostatniej tercynie patrzy w pusty dzbanek, nie w ekran: w coś, co było pełne.
a ona jest tam jeszcze w bieliźnie nieoglądanej
Zabójczyni na stanowisku strzeleckim w Zurychu, i w zdanie z instrukcji snajpera wchodzą mdłości, bo jest w ciąży. Zwrotki to ballada kryminalna z katalogiem klisz kina akcji branych dosłownie, każda zacięta na końcu jak spust, który się jąka; refren to prawdziwa kołysanka ze zdrobnieniami i Mozartem, w której samym środku dokręca się tłumik. Żadnej skruchy: macierzyństwo niczego nie łagodzi, jest kolejnym narzędziem, a ostatnim, co widzą jej mężczyźni, jest brzuch. Na EP „Killerki” ten portret stanie się początkiem rodowodu.
nucę ci Mozarta / dokręcając tłumik
Bezsenność opisana słowem, którego nikt w piosence o cierpieniu nie użyłby dobrowolnie: nuda. Świat wyjeżdża w obce kraje, ona zostaje i przebiera nocne myśli jak Kopciuszek ziarna z popiołu, albo jak Izolda wybiera ucieczkę zamiast miłości. Morze wjeżdża do sypialni: poduszka jest kołem ratunkowym, łóżko pojazdem na molo, sen falą, która ma ją na chwilę zabrać od tego, co wie, a czego nie powie. Dwie zwrotki na przekór sobie, jedna prośba o przytulenie, najpewniej do nikogo, i żadnej puenty, jak w nocy bez snu.
tylko łóżkiem wyjeżdżam na molo
Na każdą porę dnia smutek, na każdy smutek zakup, w rymie, aż maszyna pocieszeń się zacina. Jeden czasownik zmienia w refrenie znaczenie z terapii na rozbieranie: bohaterka nie chce naprawy, chce pożądania, i wie, że dywan niepasujący do firanki to pretekst. Prawdziwy problem pada raz, w kodzie, bez żartu i bez recepty: wygląda lepiej, niż się czuje. Kiedy refren wraca po tym wyznaniu, brzmi już jak prośba, żeby ktoś zobaczył ją pod wyglądem.
nie rozwiązuj mi moich problemów / lepiej rozwiąż mi gorset kochanie
Najkrótszy tekst płyty i jedyny, w którym bohaterka niczego nie udaje. Jest książką odkładaną na noc na najwyższą półkę, z zagiętym rogiem strony, i prosi, żeby rano, po kawie i jajku na twardo, napisał o niej nie poemat, lecz relację z chwili, gdy jej nie było. Cały katalog Fagasa to kobiety wymyślane ze słów przez mężczyzn; tu po raz pierwszy kobieta sama składa zamówienie, poezja jako usługa i jako pieszczota. Ostatni wers jest obietnicą, nie prośbą, i cicho zamienia role. Klamra z Dianą: tamta cierpiała pod własnym światłem, ta wybiera cudze.
Opowiedz mi jak było / Gdy mnie przez chwilę nie ma