Powodzianki to nie ofiary powodzi — to kobiety, które nie toną.
Rafał Fagas zebrał tu dziesięć kobiecych głosów i dał każdemu osobną pogodę. Woda wraca w nich raz po raz — jako łzy, wilgoć, bęben pralki, sen niesiony falą, podchodząca rzeka — ale jest żywiołem, nie nieszczęściem. Tytułowa „powodzianka" nie tonie; co najwyżej trzyma nad taflą zapalonego papierosa.
Od dzikiej Diany, która „naga kłusuje na danielu przez las", po kobietę, która prosi tylko, by jej napisać wiersz — album przechodzi przez głosy drwiące, czułe, zabójcze, bezsenne i próżne. Dowcip splata się tu z melancholią tak ciasno, że trudno je rozdzielić: ta sama bohaterka rozstrzeliwuje z palca rozczarowanie i po cichu prosi, żeby ją przytulić.
To portrety odporności — czasem brawurowej, czasem rozbrajająco kruchej. Płyta domyka się klamrą: ostatnia bohaterka chce „błyszczeć" cudzym wierszem, jak Diana, która na samym początku błyszczy, gdy zapada noc.
Mówi sama bogini — księżycowa, leśna, naga, kłusująca na danielu przez las. To kobiecość sprzed cywilizacji: czysty instynkt i blask, w których nawet ból jest wybrany, bo smaganie gałęzi to dowód, że się jeszcze pędzi.
kiedy naga kłusuję na danielu przez las
Woda przybiera, a ona z szafy „jak z batyskafu" oznajmia, że jest kobietą wilgotną — a te „nie mokną". Najpiękniejszy paradoks płyty: nieprzemakalność bywa zarazem urodą i wyrokiem, pancerzem, który chroni i więzi naraz.
Lecz ja jestem kobietą wilgotną / a kobiety wilgotne nie mokną
Zaczyna się od sympatii — garnitur, artystycznie wyciągnięty sweter — a kończy strzałem z palca. Gdy on przestaje ją widzieć „całą", ona „zamiast ciałem staje się kamieniem", a on szczurzeje; zostaje poranna kawa i chłodna satysfakcja deratyzacji.
jesteś szczur / pif-paf / zabiłam szczura
Cała filozofia rozstania w bębnie starej pralki: po kochankach „zostało odwirowane i w tym wirze znikło". Lepiej odkorkować wino niż odsuwać pralkę — bo za nią czeka tylko kurz, różowa skarpetka i pająk z miną „what the fuck?!".
pająk w którego oczach czytasz „what the fuck?!”
„Nie wiem gdzie położyłam Internet" — i nagle świat robi się „nieznośnie nieznośnie realny". Bez ekranowego buforu rzeczywistość skrzeczy: czwartek, drugie piętro, kapcie, lęk przed całym wszechświatem zaklinany powtarzanym „uspokój".
teraz świat jest nieznośnie nieznośnie realny
Najcichszy utwór płyty. W pustoszejącym biurze, przed zgaszonym ekranem, kobieta przez jedną minutę czuje się „kobieca jak nigdy przedtem" — lekka, świetlista, „w bieliźnie nieoglądanej". Uroda, która rozkwita dla nikogo, punktualnie o osiemnastej.
a ona jest tam jeszcze w bieliźnie nieoglądanej
Noir z mrugnięciem: płatnej zabójczyni pierwszy raz drży ręka — to poranne mdłości. Nuci nienarodzonemu dziecku Mozarta, „dokręcając tłumik"; „noszę życie, noszę śmierć" w jednym ciele — kołysanka i egzekucja na jednym oddechu.
nucę ci Mozarta / dokręcając tłumik
Bezsenność jako najnudniejsza z udręk — „cały świat wyjeżdża w obce kraje, a ja zostaję". Oniryczny kopciuszek „łóżkiem wyjeżdża na molo", żeby fala zabrała go w sen, a pod spodem zostaje jedno ciche „przytul mnie teraz".
tylko łóżkiem wyjeżdżam na molo
Na zły wieczór nowe buty, na słotny poranek tatuaż, na nudę pazury. Ale w refrenie cała prawda: „nie rozwiązuj mi moich problemów, lepiej rozwiąż mi gorset kochanie" — ona nie chce rozwiązań, chce pożądania. Zalotna i bezradna w tej samej chwili.
nie rozwiązuj mi moich problemów / lepiej rozwiąż mi gorset kochanie
Galerię portretów zamyka kobieta, która prosi, by ją sportretować — nie wielki poemat, tylko notatkę o tym, „jak było, gdy mnie przez chwilę nie ma". Być opisaną znaczy tu być kochaną; „będę nim błyszczeć" wraca echem do Diany, która błyszczy na początku płyty.
Rankami bywam nieopisana / Nieoznaczona i mglista