Prosimy o niebo, a chodzi o siebie nawzajem.
Ta kolęda zamawia przybory: odrobinę śniegu, trochę wiatru, jedną gwiazdę. Każda prośba jest pomniejszona już w pierwszym słowie strofy, jakby lista trwała od dawna, a my dopisywali drobiazgi. Z nieba nie trzeba nawet oryginału; wystarczy kopia, byle spadła nocą i rozpaliła ziemię. A zaraz po kopii: galaktyki. Skromność i zuchwałość w jednym oddechu, i to jest cała postawa tego tekstu wobec świąt.
Trzy razy strofa idzie tą samą drogą, przez śnieg, przez wiatr obsługujący zapachy jak kelner, przez gwiazdę zostawioną jak lampka na noc, i trzy razy dochodzi do tego samego krótkiego wersu o tym, że potrzebujemy siebie nawzajem. Po trzecim razie to już nie puenta strofy, tylko teza całych świąt: dekoracja jest po to, żeby ludzie przy stole odważyli się nie bać. Refren patrzy na nich z góry, oczami aniołów, które siadają na brzegach talerzy jak mewy, ptaki pospolite, hałaśliwe i trochę zachłanne, i widzą nie celebransów, lecz ministrantów. Sakralność zdjęta z ambony i posadzona przy obrusie, bez kpiny, z czułością.
W trzeciej strofie pod kolędą przechodzi cień: czarny śpiwór snu i cień gałęzi za oknem, dziecięcy lęk, którego gwiazda ma nas oduczyć. Ta ciepła piosenka wie, czego się boi. Dlatego jest ciepła.