Można przepłynąć całe życie we dwoje, nie ruszając się z mieszkania.
Najpierw jest poranek: ktoś stoi boso przy oknie, w rozcięciu kotary, rozczochrany, i obiecuje drugiej osobie rzecz najmniejszą z możliwych — że pokaże jej, jak umie rankiem się uśmiechać. Potem ten sam człowiek, wieczorem: przymrużone oczy, skarpetki od pary, mina „niedźwiedzia koali" z całym dniem na karku. Dwie pory dnia, jeden dom, oglądany przez kogoś, kto kocha go także rozczochranego i wykończonego.
Sahara nie jest tu pustynią z mapy, lecz przewrotną nazwą wspólnego życia — wiecznozielona, pełna płytkich jezior, z łąkami, za które zachodzi słońce. Refren brzmi jak czuła, niemal żartobliwa modlitwa do świeckiej opiekunki zwierząt i zagubionych ludzi: żeby obmywała stopy tych dwojga, gdy są sami. „Zmiłuj się nad nami" mówi się tu nie z rozpaczą, lecz do domu, który sam stał się świątynią.