Vilanella, w której refren starzeje się razem z bohaterem.
Dwa zdania wracają przez cały utwór: jabłoń zgięta w sadzie pod jeszcze jedną jesienią i puzzle, z których giną kolejne fragmenty. Między nimi inwentarz strat, niewielki i konkretny: snopek, wieszak w sieni, jedna gwiazda, zakrętka, która potoczyła się po wyschniętej ziemi. Starość ubywa tu przedmiotami, nie dramatami, a mówiący liczy je tonem księgowego machającego ręką na remanent, spod którego dopiero wychodzi lęk. To decyzja etyczna, nie tylko stylistyczna: o tym, czego brakuje naprawdę, mówić nie sposób, więc mówi się o wieszaku.
To jedyna vilanella w katalogu Fagas Project: dwa wersy krążą przez sześć strof, bo nie mają dokąd pójść. Sztuczka, i cała rozpacz, polega na tym, że nie wracają nietknięte. Zużywają się jak pamięć. Pierwszy gubi po drodze swoje obiecujące słówko o jeszcze jednej jesieni; drugi zmienia się w finale o dwa słowa, zaimek i przymiotnik, i te dwa słowa mówią więcej niż cała strofa o strachu przed zaspaniem którejś niedzieli na dobre. Cezarowskie zwycięstwo obcięte do samego przyjścia, bez widzenia i bez wygranej, to najlżejszy żart tekstu i jego najcięższe zdanie. Krewna vilanelli Elizabeth Bishop o sztuce tracenia: tam traciło się klucze i miasta, tu traci się zakrętki.
Nie ma tu diagnozy ani nazwy. Jest sad, jesień, para, która układała puzzle razem, i człowiek, który budzi się coraz bardziej spięty. Reszta mieści się w dwóch zmienionych słowach, i warto ich samemu wypatrzyć.