Don Rigoberto kocha Lukrecję całym sobą, tylko nigdy wprost. Ona tymczasem zasypia, zmywa makijaż i pakuje kufry.
Siedem scen z jednego małżeństwa, pożyczonego od Vargasa Llosy razem z imionami i z nawykiem przeżywania żony przez obrazy. Fagas nie streszcza powieści; bierze z niej mechanizm i prowadzi go dalej, niż odważył się pierwowzór: do starości, do rozstania i do kamieniołomu. W każdej scenie między Rigobertem a Lukrecją stoi jakieś medium, i w każdej kolejnej to medium jest o krok dalej od skóry: wykład o planetach, fotografia, która rozkazuje, litery, których nie da się czytać, kamyk w bucie słyszany zza oceanu, piana w zlewie, wreszcie marmur.
To nie jest album erotyczny, choć pożądanie jest w nim wszędzie; jest o tym, co pożądanie robi z percepcją i jak samotny jest ten, kto kocha przez medium. Lukrecja nie wypowiada w tym cyklu ani słowa, a to milczenie jest najostrzejszym komentarzem do męskiego spojrzenia, stawianym od środka, bez alibi. Ona robi rzeczy najzwyklejsze: nawija planety na nitkę, zmywa twarz, spina włosy, i właśnie przez tę zwyczajność jest nieuchwytna.
W szóstej scenie cykl wykonuje jedyny obrót: kufry stoją w sieni, a Rigoberto odkrywa, że to ona go zrobiła, i że ten, kogo się zrobiło, uważa się za własność. Potem zostaje już tylko dłuto. Rigoberto starzeje się w trakcie tej płyty, od brodatego wykładowcy do człowieka z laską, jakby starość była skutkiem obsesji, nie czasu. Najbardziej prozatorski zbiór w katalogu: bez rymów, z wersami, które nie kończą się puentą, tylko gasną jak światło w pokoju obok.
Mężczyzna wykłada kosmos, kobieta nawija planety na nitkę. Rigoberto kreśli jej na plecach ptolemejskie epicykle, czyli model, w którym wszystko krąży wokół wykładowcy; Lukrecja odpowiada chichotem i śnieżką ze starej komety. Dopiero gdy przestaje mówić i daje jej jeden mały księżyc na nadgarstku, trafia w jej skalę. Ten, kto chciał być wszechświatem, kończy jako ramię, na którym się zasypia; trudno o milsze upokorzenie.
ale Lukrecja ma w oczach tylko wesołe gwiazdy
Tu nie mówi Lukrecja, mówią jej fotografie, i mówią jak bóstwo: każą patrzeć, pragnąć, składać ofiarę. Jedyny utwór cyklu bez ironii, bo to liturgia: kobieta zamieniona w ikonę ze złota i krwi przestaje być osobą, a Rigoberto, całując jej stopy, wie, że musi iść na wojnę. Madonna z dzieckiem i ręce zdolne rozszarpać gardło mieszczą się w jednej ramie, jak na złotym obrazie. Tekst o męskim kulcie, nie o kobiecej sile; różnica jest cała.
jestem hemoglobiną i żoną księżyca
Rigoberto czyta książkę i nie składa ani zdania, bo każda litera ma kapelusz, obcasy i kibić Lukrecji. Tytuł to polecenie z programu graficznego, które zamienia tekst w kształt nie do czytania; dokładnie to robi pożądanie z lekturą. Czyta palcem i ustami, jak analfabeta, i tekst sam wie, że to rozkosz i kalectwo w jednym geście. Na balkonie wzgórza mają ten sam kontur co litery, więc nie ma dokąd uciec.
Czyta bez zrozumienia. Czyta bezrozumnie
Rigoberto stoi rano nad morzem i zamiast fal słyszy kroki Lukrecji na innym kontynencie, kamyk grzechoczący w jej bucie, zapach. Potem oddycha z ulgą, bo nie włożyła dziś jedwabnych pończoch, i ten jeden oddech zdradza, że nasłuch był kontrolą; czułość i zazdrość mają tu wspólne płuca. Po raz pierwszy jest stary, z laską, i po raz pierwszy boi się zasnąć, bo we śnie to ona ma władzę.
bo Lukrecja w snach bywa okrutna
Ona zmywa z twarzy dzień przeciwnie do wskazówek zegara, on zmywa naczynia zgodnie z nimi; ona cofa czas, on go domyka. Dwa zdania-refreny krążą przez strofy i spotykają się dopiero w ostatniej, w formie, bo w fabule do spotkania nie dochodzi. Rozmazany tusz jako ćma za uchem, smoki na porcelanie, wacik wypijający przemijanie. Intymność długiego związku nie wydarza się tu twarzą w twarz, tylko równocześnie, po dwóch stronach ściany.
Czas i przestrzeń. W przeciwnych wirach
Kufry stoją w sieni, a Rigoberto odkrywa, że sam jest kufrem: na zgarbionych plecach naklejki ze wspólnych ucieczek, w skórze ślady po jej dotyku. Przez pięć utworów to on ją robił; teraz w jego głowie pada krzyk, że to ona go zrobiła i dlatego nie wolno jej odejść. Pigmalion odwrócony: rzeźba stawia roszczenie rzeźbiarce. Ból jest prawdziwy, roszczenie brzydkie, a tekst nie wybiera i kończy się na sekundę przed jej wyjściem.
cały jest przecież w rysach, tatuażach / po jej dotyku na zgarbionych plecach
Po odejściu zostaje ideał, więc Rigoberto rzeźbi Lukrecję z marmuru, łupku, piaskowca i głazów, które nie zdążyły zostać rzeźbą. Wychodzi dłoń z papierosem pod właściwym kątem, wychodzi głowa, wychodzi biodro; nigdy całość, bo ideał jest sumą, a części doskonałe nie dodają się do doskonałości. Porażki zawsze częściowe bolą bardziej niż klęska. Puenta ucieka z mitu w felieton, bo Rigoberto na nic innego nie ma już siły.
ech dola, ta dola rzeźbiarza / jest dolą twardą