Zażyczyła go sobie od spadającej gwiazdy i dostała w godzinę.
Pachnie akacja, po niebie przelatuje meteor, a ona prosi księżyc o jednego jedynego. Godzinę później on idzie z naprzeciwka: włosy jak białe kłosy, biała koszula, oczy z letniego nieba. Dotknęła, i od tego miejsca nie ma jej już osobno. Latawiec, w wierzeniach duch powietrzny, który schodzi do kobiet jako spadająca gwiazda, nie potrzebuje tu przypisu. Wystarczy, że przychodzi na noc i znika przed południem.
Mechanizm tej ballady jest okrutnie prosty i w tej prostocie leży jej klasa. Ona ciemnieje razem z jego portretem: włosy białe, szare, czarne; niebo w oczach letnie, burzowe, zimowe. A formuła, którą wypowiada swoje pragnienie, nie zmienia się ani o sylabę. Pożądanie niczego się nie uczy, choć obiekt czernieje. On za to wraca z refrenem zawsze identycznym, bo dla niego każda noc jest pierwsza: nie płacz, maleńka, rozczesz mi włosy, podziwiaj moje oczy do świtu. Jego końcowe uspokojenie, krótkie, ciepłe i puste, należy do najzimniejszych zdań w polskiej piosence. Tak mówi ktoś, kto niczego nie zamierza zmienić. Fagas nie komentuje; zestawia dwa głosy, które nie rozmawiają, i pozwala konstrukcji powiedzieć wszystko.
Najgorsza wiadomość przychodzi po strofie, w której ona rozsypuje się na pył i ogłasza, że już jej nie ma. Zaraz potem wraca czarna wersja portretu i ta sama formuła. Jej nie ma, pragnienie zostało. Ostatnie słowo należy do niego. Na albumie „Bogowie rzeczy niedużych” ten tekst nosi numer sześć i imię demona; wydany osobno traci ramę leksykonu i zyskuje to, czym był od początku: ludową pieśń o porzuconej.