Cała piosenka wisi na jednym słowie, i jest to spójnik warunku.
Ten sonet zamawia złe warunki do oglądania: hałas, dym, światło parujące nad barem. Kontury mają dochodzić powoli, ciemnia za filarem ma zostać nietknięta. Mówiący wie, że nie jest jeszcze w pełni, i że ona nie jest jeszcze cała, więc prosi dla obojga o miejsce, w którym zdjęcie wywołuje się bez pośpiechu. Nieostrość nie jest tu ozdobą. Jest łaską.
Bo pod urodą tych obrazów leży lęk i to on jest tematem: prośba, żeby nie zobaczyć za dużo. Prześwietlić kogoś można na kliszy i można na wylot, a ten sonet słyszy oba znaczenia. Tercyny wyprowadzają parę z baru w miasto, gdzie drogę czyta się z rys i dziur w asfalcie jak z linii dłoni, a jedynym dopuszczalnym światłem jest przypadkowy neon przycupnięty na gzymsie jak ptak. Cały tryb warunkowy prowadzi do jednego zdania w czasie przyszłym i wiesza je na trzecim przymiotniku: dwa pierwsze są kliszą, trzeci jest staropolski, nieprzyzwoity i rozbraja je śmiechem. Jeśli czytać to jako spotkanie po latach, a nic tego nie wyklucza, prośba o dym staje się prośbą, żeby czas rozmył to, co widać.
Ostatni wers zostawia ich w ruchu, o świcie, w ulicach za dużych jak ubranie po kimś większym. Miasto o tej porze jest nienoszone. Mogą je nosić we dwoje.