Wszystko da się złożyć z kart — prócz dwojga oczu, które patrzą naprawdę.
Kierowca wraca nocą, a z tylnego lusterka odzywa się do niego Luna — Księżyc gadający jak pijany prorok. Tłumaczy mu, że ziemia jest płaska, a noc to składany cylinder, w który trzeba uderzyć, żeby nabrała głębi i cienia z białymi królikami. To nie kosmologia, tylko instrukcja: rzeczywistość jest płaska, póki sam jej nie rozegrasz jak iluzjonista.
Reszta świata, mówi Luna, to ledwie domki z kart — ludzie „tylko namalowani", lakierowane dni, noc, w której odbija się jedynie goła żarówka na drucie nad stołem. Luna nie chce pływać w lusterkach; żąda oceanu pełnego trzepotu gołębi, pieniącego się przy brzegu króliczym futrem. A cały ten kosmiczny manifest kończy się na dwóch drobiazgach — twoich zmrużonych oczach i jej półotwartych ustach. Tytuł brzmi jak pogarda dla świata, a okazuje się deklaracją, że tylko dwoje ludzi nie jest z kart.