Trzy łóżka: z jednego się wyrzuca, z drugiego się ucieka, w trzecim się nie śpi.
Homer kończy tam, gdzie wszystko już wiadomo: zalotnicy leżą, żona rozpoznała męża po sekrecie łoża, dom jest cały. Ta płyta zaczyna się nazajutrz, kiedy ciał jeszcze nie wyniesiono, a kilimy są w pralni. Trzy utwory oddają głos trojgu domownikom i żadne z nich nie patrzy na pozostałych. Każde patrzy na morze.
Penelopa śpiewa szantę, pieśń odjazdu, mężowi, który właśnie przypłynął; Telemach wypływa tego samego ranka, nie wymieniając ojca ani razu; Odys leży w słynnym łóżku i wypatruje gwiazd w niskim suficie. Dwie szanty i sonet: płyta zaczyna się od pyskówki, a kończy bezsennością, i to przejście, a nie żadne zdarzenie, jest jej fabułą. Morału nie ma. Jest tylko imię nimfy, które w pierwszej piosence jest obelgą, a w trzeciej tęsknotą.
Szanta to pieśń odjazdu, a Penelopa śpiewa ją mężowi, który właśnie przypłynął. Ten jeden pomysł ustawia wszystko: dwadzieścia lat wierności było możliwe tylko wobec nieobecnego, a obecny jest stary, pijący i po tygodniu nudzi do cna; Homerowy całun, tkany i pruty przez lata, zjechał do krawiectwa domowego. Pod złośliwym rymem bohaterka zdradza więcej, niż chciała: zalotnicy nie byli plagą, byli dworem, i to za własnym wzięciem tęskni, nie za nimi. Finału nie zdradzamy; ma kształt tobołka za bramą.
potem mu całun przędłam do trumny / a teraz szyję gacie na jesień
Syn dostał ojca i tego samego ranka chce wyjść z domu. Odysa nie wymienia ani razu: ojciec jest tu wyłącznie przykładem, od którego się ucieka, tym, który usiadł w pałacu. Morze bierze się jak kobietę, bogów okrada z owoców, ludzkości chlusta w twarz wiadrem wojen, a wiadro brzmi jak wiadro pomyj: wzniosłość i chamstwo w jednym geście. Tekst nie moralizuje. Pozwala głosowi zachwycić się sobą i obiecać w jednym oddechu wieczne królestwo i własny wrak.
ja będę bogów / okradać z czereśni / i pióra wyrywać pegazom
Po dwóch szantach sonet i cisza. Ciał jeszcze nie wyniesiono, kilimy są w pralni, a bohater eposu może wreszcie żyć normalnie; zdanie brzmi jak z reportażu i jest tak samo kłamliwe. Obok chrapie żona z pierwszej piosenki, syn z drugiej już wypłynął. Łóżko zbudowane wokół żywego drzewa miało trzymać, a drzewo urosło ponad głowę: tam, gdzie były korzenie, jest korona. W gorączce wraca nimfa, już nie wyzwisko, lecz wolność, i bohater, który na blizny wybiera morską sól zamiast bandaża.
Drzewu wokół którego to łoże zbudował / kiedyś rosły korzenie, dziś rośnie korona